Relacja z IV Maratonu Beskidy

Zapraszamy na relację Pawła Raii z rozegranego w mroźny choć pogodny, listopadowy weekend IV Maratonu Beskidy.

Tydzień po Maratonie Wrocław postanowiłem sobie ograniczyć bieganie po twardej nawierzchni. Co prawda czas i możliwość kontrolowania tempa wydaje się zachęcający do walki z samym sobą. Moje przemyślenia i odczucia odnośnie poprzednich biegów maratońskich wydają się teraz być już jedynie wspomnieniem.  Gdy 18 września wystartowałem w finale Skyrunning we Włoszech byłem już pewien, że dopiero biegi górskie sprawiają, że rozumiem bieganie. Od tego momentu szukałem biegu w Polsce, gdzie mógłbym ostatni raz w tym roku spróbować swoich sił. Dość niespodziewanie wybór padł na IV Maraton Beskidy. Wyjazd zawdzięczam Piotrowi Kosmali z TrailTeam.

Oto krótka i subiektywna relacja przygotowań do biegu:

Trzy tygodnie przed biegiem. Zaczynam szukać informacji, sprawdzam trasę, podpytuję bardziej doświadczonych biegaczy. Organizator zapewnia, że maksymalnie 40% trasy stanowi asfalt.

Prawie 17km. Na szczęście resztę stanowi szutr, na którym mogę jeszcze raz sprawdzić swoje buty trailowe. Jedziemy w piątek, by spotkać się z resztą biegaczy. W hotelu Pan Edward Dudek opowiada kilka historii, w tle film z biegu wokół du Mont Blanc. Szef staje tuż obok nas i chociaż przez chwilę możemy usłyszeć o wrażeniach ze Spartathlonu. To dopiero wyczyn. Jakiś czas później skromna relacja i powrót do Ośrodka Wypoczynkowego, w którym będziemy nocować.

Rano porządne śniadanie. Dużo chleba z dżemem, herbata, kawa. Chwila zastanowienia, w czym biec. Bezchmurne niebo, praktycznie zero wiatru. Czuć jednak mróz i szczególnie w górach może być chłodniej. Nie podejmujemy jeszcze decyzji. Podjeżdżamy do Zajazdu Horolna, w którym są już wszyscy biegacze. Odbieramy numery startowe, robimy pamiątkowe zdjęcie, które potem każdy z nas otrzyma na dyplomie. Ten Maraton otrzymał w roku 2010 Srebrną Kozicę dla najlepszego biegu górskiego na długim dystansie. Było to z kolei drugie wyróżnienie, gdyż w 2009 Portal Biegi Górskie uhonorował Pana Edwarda Dudka Złotą Kozicą za Najlepszy Bieg Górski na ultradystansie („100 Maraton Edwarda Dudka”). Byłem ciekaw, jak w tym roku wypadnie impreza.

Krótki spodenki i cienka koszulka z długim rękawem. Na szyji buffa, którą dostałem od organizatorów Sentirero Delle Grigne 18 września. Ustawiam się na przodzie. Jeszcze nie wiem, ile wytrzyma lekko boląca kostka. Choć ustawiam się na przodzie, zaczynam wolno. Biegnę umiarkowanym tempem i staram się rozmawiać z innymi, by przynajmniej początkowe kilometry szybciej minęły.

Przed pierwszym podbiegiem słyszę przeliczanie zawodników. Jestem 34. Od tego momentu wyprzedzam innych, by na półmetku być 11-12. To już Skrzyczne i jestem zadowolony z czasu – równo 2:01. Sam podbieg to głównie droga asfaltowa. Dopiero ostatnie 1,5km to kamienie. Lepsze to niż asfalt.

Podbiegi całkiem nieźle mi wychodzą i dlatego wtedy wyprzedzam innych. Długi zbieg, subiektywnie połowa Półmaratonu Ślężańskiego daje uczucie powera, lecz jednocześnie zaczynam mieć drobne wątpliwości, czy na płaskim nie zabraknie paliwa. Wyprzedza mnie kilka osób, na szczęście nikogo z mojej kategorii wiekowej. Na prostej przez chwilę czuję nogi, lecz widzę, że biegniemy tą samą trasą. Przypominam sobie punkty żywieniowe i dwa kolejne podbiegi. Jest nieźle. Na chwilę staję, by zaczerpnąć łyka letniej herbaty, zjeść kawałek banana i biec dalej. Pierwszy podbieg jest dziwnie łatwy. Stawka się porządnie rozciągnęła, lecz nie widzę nikogo za mną.

Kolejny punkt żywieniowy na 33km, przynajmniej tak mi się wydaje. Ładuję akumulatory i zaczynam truchtać. Wiem, że niewiele zostało do końca, lecz wciąż boję się zaatakować. Ostatnie 3km to prawdziwa Golgota. Wdrapuję się na górę i szukam wzrokiem  mety. Może jeszcze uda się zejść poniżej 3:50. Gdybym tylko znał resztę trasy… Z „Golgoty Beskidów” zbiegam szybko przez niewyraźnie wyznaczoną ścieżkę. Byle tylko nie upaść teraz. Mijam jeszcze kilku kijkarzy, którzy rozpoczęli przecież dwie godziny wcześniej. Ostatnie pół kilometra przez pola. Już się nie śpieszę.

Cieszę się, wymachuję rękoma i uśmiecham się. Tak, kostka boli jak diabli, lecz brak zadyszki i równo 20 miejsce na 149 biegaczy, to dla mnie super wynik!

Paweł Raja – biegizagraniczne.pl

-> Pełne wyniki <-

-> Więcej zdjęć <-

Post navigation

Drogi do mistrzostwa- początek

Dla osób dociekliwych, zainteresowanych wykorzystaniem pełniej swoich możliwości psychofizycznych w sporcie (a także innych obszarach życia)…

Leave a Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Jeśli podoba Ci się ten post, być może spodobają Ci się także te